Zapraszam wszystkich czytelników na mojego nowego, prywatnego bloga!
Buziaki!
wtorek, 28 marca 2017
wtorek, 23 lipca 2013
PRZEPRASZAM
Czas na moją długą przemowę....
Wiem, że zniknęłam na jakiś czas, jednak ja cały czas żyję i codziennie wchodzę na Wasze blogi, czytając wszystko co opublikujecie!:) Jednak nie o tym teraz...
Miałam zaplanowane kilka rozdziałów w przód, jednak nie miałam kiedy ich napisać. Jak już tłumaczyłam w poprzednim poście, chodziłam na osiemnastki praktycznie co weekend, do tego szkoła, obowiązki w domu... nie podołałam. Dostałam nawet już jednego hejta! Mój pierwszy w życiu!:) Dlatego też dziękuję Paoli R., autorce komentarza, która jak już zapowiedziała, że "nidy nie zacznie czytać kolejnego mojego opowiadania, bo po prostu mam je w dupie. Po co zaczynam wgl nowe opowiadanie skoro z jednym rady nie daje?"
Klasa maturalna to nie przelewki i nawet gdybym chciała, nie mogę jej ominąć... dlatego też, NIE BĘDĘ PROWADZIŁA ŻADNEGO BLOGA W TYM ROKU.
Z pisaniem nie skończę, to jest pewne. Pewnie będę sobie coś notować na uboczu w wolnej chwili, ale do blogowania wrócę dopiero po maturze, inaczej nie dam rady.
Nawet teraz, w wakacje, wciąż czytam lektury i wszystko.... Tak to jest jak ma się zaległości.
Zdaję sobie sprawę, że gdy wrócę, żadnej z Was już tutaj nie będzie, ale będę o Was walczyć ponownie:) Ja jednak nie przestaję czytać WASZYCH blogów, ponieważ bez tego nie mogłabym żyć! Naprawdę!:)
Zawsze możecie się do mnie odezwać, odsyłam do zakładki "KONTAKT"...
To tyle....
Jeszcze raz PRZEPRASZAM.
Do napisania!:)
Wiem, że zniknęłam na jakiś czas, jednak ja cały czas żyję i codziennie wchodzę na Wasze blogi, czytając wszystko co opublikujecie!:) Jednak nie o tym teraz...
Miałam zaplanowane kilka rozdziałów w przód, jednak nie miałam kiedy ich napisać. Jak już tłumaczyłam w poprzednim poście, chodziłam na osiemnastki praktycznie co weekend, do tego szkoła, obowiązki w domu... nie podołałam. Dostałam nawet już jednego hejta! Mój pierwszy w życiu!:) Dlatego też dziękuję Paoli R., autorce komentarza, która jak już zapowiedziała, że "nidy nie zacznie czytać kolejnego mojego opowiadania, bo po prostu mam je w dupie. Po co zaczynam wgl nowe opowiadanie skoro z jednym rady nie daje?"
Klasa maturalna to nie przelewki i nawet gdybym chciała, nie mogę jej ominąć... dlatego też, NIE BĘDĘ PROWADZIŁA ŻADNEGO BLOGA W TYM ROKU.
Z pisaniem nie skończę, to jest pewne. Pewnie będę sobie coś notować na uboczu w wolnej chwili, ale do blogowania wrócę dopiero po maturze, inaczej nie dam rady.
Nawet teraz, w wakacje, wciąż czytam lektury i wszystko.... Tak to jest jak ma się zaległości.
Zdaję sobie sprawę, że gdy wrócę, żadnej z Was już tutaj nie będzie, ale będę o Was walczyć ponownie:) Ja jednak nie przestaję czytać WASZYCH blogów, ponieważ bez tego nie mogłabym żyć! Naprawdę!:)
Zawsze możecie się do mnie odezwać, odsyłam do zakładki "KONTAKT"...
To tyle....
Jeszcze raz PRZEPRASZAM.
Do napisania!:)
sobota, 27 kwietnia 2013
~CZTERNASTY~
Upierdliwy dźwięk rozdzwonił się w mojej głowie, przerywając tym samym błogi
sen. Chyba każdemu należy się odrobina odpoczynku po takiej imprezie, prawda?
Tak czy tak, zrobiliśmy sobie jeszcze nockę filmową, bo zanim poszliśmy spać zdążyliśmy
obejrzeć dwie komedie. Naprawdę. Podczas gdy mój telefon nadal wydawał z siebie
dźwięki przychodzącej rozmowy, ja próbowałam zorientować się w otoczeniu. Głowa
mnie nie bolała, jednak znacząca suchość w ustach miała być dowodem, że
wczorajsza impreza naprawdę miała miejsce. Zresztą osoby, które leżały wokół
mnie również. Ryan, nadal spał na fotelu, dokładnie tam gdzie go wczoraj
położyliśmy, i tylko fakt, że zmienił pozycję i oddychał, uspokoił mnie na
tyle, żeby nie sprawdzać czy na pewno żyje. Po mojej prawej Justin, który
pomimo dzwoniącego telefonu, nadal sobie słodko spał. Roztrzepany włosy,
otwarta buzia…. Skłamałabym, gdybym nie przyznała, że w takim wydaniu wyglądał
naprawdę uroczo.
-Cholera jasna, wyłącz to… -
wymamrotała Leoni. Leżała obok mnie, przecierając zaspane oczy. Makijaż miała
cały rozmazany, ale jakoś to ją nie obchodziło, bo obróciła się w stronę Josha,
który swoją drogą nawet nie drgnął, i próbowała spać dalej. Podniosłam się do
pozycji siedzącej, akurat w tym samym momencie, w którym mój telefon umilkł.
Już miałam położyć się z powrotem, jednak nie było mi to dane, ponieważ ktoś
wręcz chyba POTRZEBOWAŁ się ze mną skontaktować. Widziałam, że Justin również
się przebudził, jednak zignorowałam ten fakt i wstałam z zamiarem znalezienia
telefonu. Nie obchodziło mnie jak wyglądam. Moim celem było tylko spławienie
intruza i wrócenie to spania. Moja komórka jak się później okazało, nadal
spoczywała w torebce, bo to właśnie z niej dochodził dźwięk. Ze względu na kolejne
jęki kuzynki, pospiesznie ruszyłam w stronę komody i wyciągnęłam z niej telefon.
Zdziwiłam się, bo na ekranie widniał numer Adama – mojego brata.
-Halo? – odebrałam znużonym
głosem, chcąc dać mu do zrozumienia, że mnie obudził. Na zegarku przy
telewizorze widniała godzina dziewiąta. Jest niedziela do cholery! Kto jak kto,
ale mój własny brat powinien bardzo dobrze wiedzieć, że właśnie w ten dzień
tygodnia zazwyczaj śpię najdłużej.
-Jak mogłaś do tego dopuścić,
co?! – wydarł się na mnie na wstępie. Musiałam lekko odsunąć słuchawkę od ucha,
Justin również podniósł się do pozycji siedzącej, zapewne słysząc ten krzyk. Na
początku nie skojarzyłam o co chodzi. Nie miałam pojęcia co to ma znaczyć,
jednak po chwili skojarzyłam wszystkie fakty. Tata mu powiedział. Moje oczy
otworzyły się szeroko z przerażenia. Znałam Adama na tyle dobrze, że wiedziałam
do czego był zdolny. Nawet nie dopuścił mnie do głosu, tylko nadal kontynuował.
– Wyjechałem na studia we wrześniu. Jest listopad… Jebane 3 miesiące a ty już
pozwoliłaś, żeby planowali ślub?! Kurwa jak mogłaś! – w moim gardle pojawiła
się ogromna gula. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć, a oczy zaczęły mnie
niemiłosiernie piec. Co mogłam mu powiedzieć? Usłyszałam po drugiej stronie
dyszenie, co znaczyło, że jest tak wściekły, że ma ochotę coś rozwalić. Było
naprawdę źle.
-Adam… - zaczęłam, jednak nie
dane było mi dokończyć. Znowu.
-Nie. Nie chcę tego słuchać. To
twoja wina, rozumiesz?! Tylko i wyłącznie twoja! – zabolało i to cholernie. –
Najpierw mama, teraz to… - nie pozwoliłam mu dokończyć. Rozłączyłam się
momentalnie gdy tylko wspomniał o naszej mamie. Przegiął. Rzuciłam telefon z
powrotem na szafkę i odwróciłam się na pięcie. Ruszyłam szybkim krokiem w
stronę tarasu. Otworzyłam drzwi i trzasnęłam nimi, nie przejmując się tym, że
Leoni będzie chciała mnie zabić. Westchnęłam z bezsilności i zakryłam twarz
dłońmi próbując się uspokoić. Nie przynosiło to jednak żadnego rezultatu,
ponieważ oddech miałam nadal niespokojny, a spod moich powiek zaczęły wypływać
słone krople. Ostatnio w moim życiu coś się dzieje, ponieważ już dawno tak
często nie płakałam. Ale czy to moja wina? Wiem, że w każdym rodzeństwie bywają
jakieś nieporozumienia i kłótnie, ale w naszym przypadku to już jest… Jednym
słowem masakra i tyle. Przeszłam kawałek i doszłam do drewnianej ławki. Nie
wiedziałam co ze sobą zrobić. Natłok myśli w mojej głowie powodował jeszcze
większy ból. Niespodziewanie zaczęłam szlochać, z nadzieją, że wszystko „opuści
mnie” razem z płaczem. Myliłam się. Wcale nie było lepiej, a wręcz przeciwnie –
doprowadziłam się do takiego stanu, że nie mogłam się uspokoić. I pomyśleć, że
to wszystko przez jedne głupie oświadczyny?!
Poczułam delikatny uścisk na ramieniu. Tak jak przypuszczałam było to Justin,
bo on jako jedyny z czwórki osób znajdujących się w salonie, okazał minimalne
zainteresowanie moją rozmową telefoniczną. Westchnęłam i wytarłam policzki.
Zapewne wyglądałam jak potwór z bagien – rozmazany makijaż, czerwone oczy oraz
opuchnięta twarz, naprawdę potrafiły by odstraszyć każdego. Chłopak widząc w
jakim jestem stanie, nawet nie zadawał pytań. Westchnął głęboko i objął mnie
ramionami, dając mi do zrozumienia, że mam się do niego przytulić. Nie wahałam
się ani sekundy. Potrzebowałam tego teraz jak niczego innego. Nie mam pojęcia
jak długo siedzieliśmy w kompletnej ciszy, którą momentami przerywały tylko
moje pojedyncze westchnienia. Miałam wrażenie, że minęło sporo czasu, ale jakoś
się tym nie przejmowałam. Jak dla mnie, mogłoby to trwać wiecznie.
-Wiesz, że możesz mi o wszystkim
powiedzieć, prawda? – zaczął delikatnie Justin. Domyśliłam się, że chodziło mu
głównie o to, żebym wygadała się o co chodzi, ale w przeciwieństwie do Brook,
nie robił tego nachalnie. Wręcz przeciwnie – starał się być delikatny i
naprawdę próbował wszystko zrozumieć.
-Cóż… Nie często słyszy się od
własnego brata, że cie nienawidzi, prawda? – każde wypowiedziane słowo było
przesiąknięte sarkazmem. Widziałam jak Justin już chciał się odezwać, jednak
nie pozwoliłam mu na to. – Może i nie powiedział tego dosłownie, ale daje mi to
bardzo jasno do zrozumienia, wiesz? Ja
naprawdę nie miałam na niektóre rzeczy wpływu, a on i tak obwinia o
wszystko mnie. Powiedz, dlaczego on mi to robi? – pisnęłam, czując, że znowu
zaczynam się załamywać.
-Ej, ej…. O co chodzi? – zapytał,
widząc co się ze mną dzieje.
-Tata z Cassandrą pojechali do
Adama do Nowego Jorku, żeby poinformować go o oświadczynach. – usłyszałam
westchnięcie Justina.
-U was jest chyba rodzinne, to,
że wyolbrzymiacie niektóre sprawy, prawda? – zapytał retorycznie.
-Być może… - przyznałam. – Ale nie
o to chodzi. On naprawdę obwinia mnie o wszystko co teraz się dzieje.
Zaczynając od ślubu ojca kończąc na śmierci mamy. – powiedziałam, ściszając
głos przy ostatnich słowach. Zszokowany Justin momentalnie wciągnął powietrze.
-Julie…
-Nie, Justin. To prawda. Adam
nigdy nie mógł pogodzić się ze śmiercią mamy i od zawsze ja jestem tego
powodem. W końcu umarła przy moim porodzie, prawda? Poza tym, tata cały czas
powtarza, że jestem bardzo do niej podobna. To również go boli. Przez całą
podstawówkę i liceum, mój brat odstraszał ode mnie wszystkich możliwych
chłopaków, wszystkich moich znajomych… Nie znam powodów, ale wiem, że robił to
z premedytacją. Zachowanie wobec innych, między innymi wobec ciebie, też było
pewnego rodzaju… odskocznią. Dokuczał ci, tylko i wyłącznie dlatego, żeby
poczuć się lepiej… Wątpię, żeby to przynosiło mu jakiekolwiek efekty, ale wiesz…
Naprawdę czasem, go nie rozumiem, ale to mój brat i go kocham, pomimo tego, że
on nie kocha mnie. – skończyłam i schowałam swoją twarz w ręce. Nie chciałam,
żeby Justin widział, jak znowu się rozklejam, ale nie miałam innego wyjścia.
Szatyn nawet więcej się nie odezwał, zapewne przetwarzając wszystko co mu
wyznałam.
Ku
mojemu zaskoczeniu, drzwi od tarasu, gwałtownie się otworzyły i chwilę później
ukazała nam się figura Leoni. Miała w ręku mój telefon, który ponownie
wydzwaniał.
-Cholera jasna, czy to mogłabyś
wreszcie uciszyć ten pierdolony tele… Co się stało?! – widziałam, że
wystraszyła się na widok moich załzawionych oczu i chłopaka, próbującego mnie
pocieszyć. Momentalnie spojrzała na wyświetlacz mojego telefonu. – A to dupek…
- mruknęła pod nosem. Odczytałam jej zamiary, kilka sekund przed tym, jak
zamierzała odebrać mój telefon. Na szczęście, zdążyłam ją powstrzymać.
-Zostaw, nie warto. –
stwierdziłam, odbierając od niej telefon. Widząc numer Adama na wyświetlaczu,
odrzuciłam połączenie i dodałam go do blokowanych kontaktów, żeby więcej już
nam nie przeszkadzał. W skrzynce odbiorczej miałam nieodczytaną wiadomość.
„Odbierz!”
Nie
mam zamiaru. Mój brat na dobre popsuł mi mój dobry humor i nie potrafiłam
wymyśleć żadnego sposobu na to, żeby go sobie poprawić. Potrzebowałam odskoczni
od tego wszystkiego. Musiałabym albo gdzieś wyjechać, żeby móc zając czym innym
swoją głowę, no chyba, że jakaś dobra impreza jeszcze mogłaby się nadać… A
gdyby połączyć obie te opcje…
-Jedźmy do Vegas!
~*~
No i witam po dłuższej przerwie!:)
Należą Wam się małe wyjaśnienia, tak więc liczę na to, że ktoś wytrwa do końca mojego monologu. LOL.
Na początku, chciałabym Was z całego serca przeprosić za tak długą nieobecność. Jest to chyba pierwszy raz jeżeli chodzi o tego bloga... Wszystko winą głównego bohatera!:D Przepraszam, że nie zdążyłam się z nikim spotkać w Łodzi, ale niestety to nie ja byłam kierowcą, to nie ja zabłądziłam i to nie z mojej winy, wylądowałam pod areną dopiero przed 17:00.... Po koncercie wylądowałam w łóżku, ponieważ musiałam być zdrowa na koncert w Berlinie;) (po którym również wylądowałam w łóżku na kolejny tydzień.) I tak oto narobiłam sobie w szkole ogromnych zaległości i przez kolejne dwa tygodnie musiałam pozdawać masę sprawdzianów oraz kartkówek. To tego wszystkiego dochodzą jeszcze osiemnastki, na które chodzę, więc jakoś tak wiecie... łikendy mijają, a rozdziałów ni ma!
No, ale. Wzięłam się dzisiaj i napisałam. Może i nie ma nic ciekawego, ale się staram i liczę na to, że uda mi się wrócić do regularnych, cotygodniowych postów;)
Długi łikend, matury... Postaram się wszystko nadrobić!:)
Dziękuję, za to, że czekałyście<3 Nawet nie wiecie, jak morda mi się cieszyła, gdy czytałam, że za mną "tęsknicie" i wgl... Pytałyście się kiedy będzie nowy rozdział i takie tam... Zdarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu i było to naprawdę miłe<3 Dziękuję<3
Przepraszam, za tak wyczerpującą przemowę xD (ciekawe, czy ktoś wytrwał do końca....)
Do następnego!:)
Buziaki:*:*:*
PS: Dziękuję za 17 komentarzy pod ostatnim rozdziałem oraz ponad 10tys wyświetleń bloga!<3 to naprawdę niesamowite! Dziękuję z całego serca<3
piątek, 15 marca 2013
~TRZYNASTY~
Miałam rację, to była chyba moja najlepsza impreza w życiu! Małe, pięcioosobowe
grono, zajebiste, schłodzone drinki… Żyć nie umierać! Siedzieliśmy sobie
wszyscy w naszym boksie, który zarezerwowałam kilka minut po tym jak postanowiliśmy,
że tutaj przychodzimy. Rozglądałam się wokoło lekko przytłoczona. Chłopacy od
razu gdy się poznali, złapali wspólny język, Leoni, jak to ona, była wszędzie
tylko nie tam gdzie ja… Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, to właśnie prawda.
Podczas gdy ja siedziałam i popijałam trzeciego drinka, ta zapewne owijała
sobie wokół palca jakiegoś kolesia. I nie. Nie pierwszego, a któregoś z kolei.
Oj nasłucham się dzisiaj w nocy, nasłucham… Ten to był taki, a tamten to był
taki.
Rozejrzałam się po klubie, jednak za dużo nie mogłam dostrzec przez te
wszystkie migoczące światła i lasery. Dym, ale nie papierosowy, unosił się w
powietrzu, zapewne żeby dodać jakiegoś tam „klimatu” imprezie… Być może ludziom
zasuwającym na parkiecie się to podobało, ale nie mi. Westchnęłam ze
zrezygnowaniem. Cofam to co powiedziałam, o moim najlepszym wieczorze w życiu.
Może i taki był na początku, gdy jeszcze ktokolwiek ze mną rozmawiał. Josh
zagadywał Justina praktycznie na każdy temat, a Ryan uganiał się za Leo, która
miała go, za przeproszeniem, totalnie w dupie. W przeciągu tych dwóch godzin
powiedziałam mu z trzy razy, że moja kuzynka nie ma ochoty na żaden poważny
związek, żeby nie robił sobie nadziei, bo ona tak czy tak za tydzień wyjedzie i
wszystko się skończy… Nawet opowiedziałam mu historię Brook i Josha, ale to go
także nie zraziło. Podniosłam się z kanapy, przez co szatyn z brunetem,
nareszcie, zwrócili na mnie uwagę.
-Gdzie idziesz? – zainteresował się Josh.
-Do baru. – rzuciłam krótko. Ignorując ich zaniepokojone
spojrzenia, poszłam tam gdzie zamierzałam. Usiadłam na stołku barowym i
rozglądałam się po parkiecie, czekając aż któryś z barmanów do mnie podejdzie.
Oh, jakież było moje zdziwienie, gdy zaczęła mnie obsługiwać jakaś
dwudziesto-paroletnia kobieta. Zamówiłam sobie już trzecią Tequilę. Wypiłam ją
duszkiem i zagryzłam limonką. Miałam zamiar zamówić ją ponownie, gdy podszedł
do mnie jakiś chłopak i zagadał. Tak po prostu. Był wysoki, dobrze zbudowany…
Kosmyki jego czarnych włosów, błąkały się leniwie po jego głowie, tworząc tak
zwany „artystyczny nieład”, dzięki któremu wyglądał bardzo uroczo. Robił bardzo
dobre wrażenie. Był kolejnych chłopakiem, który się mną zainteresował, jednak
liczyłam na to, że nie był takim idiotą jak poprzedni, którzy próbowali mnie
zagadać i zaciągnąć do toalety na szybki numerek. Przykre, ale prawdziwe.
-Will. – przedstawił się. Odpowiedziałam mu tym
samym. – Bardzo ładne imię. Co tutaj robisz, sama? – zapytał podejrzliwie. Nie
no… Zaczyna się.
-Nie jestem sama. – wyjaśniłam szybko, ale chyba
jednak za szybko, bo wyglądał jakby nie do końca mi wierzył. – Moi znajomi
rozlecieli się gdzieś po klubie, ale zapewne za chwilę się znajdą.
-A to chyba, że. – odpuścił. Zamówił kolejne dwie
kolejki, jednak tym razem pił razem ze mną. Porozmawialiśmy chwilę i ruszyliśmy
na parkiet. Przyszłam na imprezę, więc nic w tym dziwnego, prawda? Żeby dojść
do miejsca, w którym tańczył tłum ludzi, musieliśmy przejść niedaleko naszego
boksu, więc mogłam bez problemu spojrzeć co robią chłopacy. Jak się okazało,
przy naszym stoliku brakowało tylko i wyłącznie mnie, co nieźle mnie zdziwiło.
Leoni siedzi? Od kiedy? Justin rozglądał się wokoło, jakby wyszukiwał wzrokiem
jakiejś kandydatki na spędzenie dzisiejszego wieczoru (pomijam fakt, że chyba trzy
się za nim oglądały, gdy tylko przekroczyliśmy próg, ale on całkowicie je
zignorował). Josh rozmawiał z Ryanem, czyli nic nadzwyczajnego. Ku mojemu
zaskoczeniu, Leoni mnie zauważyła. Wystarczyła nanosekunda, żeby na jej twarzy
zagościł szeroki uśmiech na widok Willa i naszych złączonych rąk w drodze na
parkiet. Pokazałam jej dyskretnie język, tak by chłopak tego nie zauważył. Gdy
już znaleźliśmy się na parkiecie, nie mogliśmy się od siebie oderwać. Lekko
opóźnione działanie alkoholu dawało się we znaki, jednak nie aż tak bardzo,
żebym nie wiedziała co robię. Will tak samo. Przetańczyliśmy może z pięć
piosenek, gdy w końcu nasze usta się złączyły. Nie powiem, że nie czekałam na
ten moment, bo bym skłamała. Tak naprawdę, mój towarzysz był jednym z największych
ciach na tej imprezie, więc nie ma co się dziwić. Nasze języki walczyły o
dominację, a w moim ciele momentalnie wybuchło pożądanie. Przybliżyłam się do
chłopaka jeszcze bardziej, wypychając delikatnie biodra w jego stronę. Był to
jeden z moich dyskretnych znaków, który jak widać, został bardzo dobrze
odebrany, bo nie minęła minuta, a my całowaliśmy się bez opamiętania w jednej z
toalet.
*
-Gdzie tak zniknęłaś? – zapytała Leoni jeszcze
zanim zdążyłam zająć swoje miejsce w naszym boksie.
-Piłam, tańczyłam i takie tam. – wyjaśniłam i
pokazałam jej język.
-I takie tam, mówisz… - zacytowała mnie z tym
swoim znaczącym uśmieszkiem. Wywróciłam tylko oczami i rozejrzałam się wokoło.
Will stwierdził, że będzie się zmywał do domu bo jutro wieczorem ma jakąś rodzinną
imprezę. Podziękował za wspólnie spędzony czas, podałam mu swój numer telefonu,
bo obiecał, że się odezwie. Zobaczymy, ale mam nadzieję, że nie blefował.
Naprawdę fajny z niego chłopak, no! Rozejrzałam się wokoło. Na parkiecie
tańczyło coraz mniej ludzi, ale impreza jeszcze się nie kończyła. Większość
zapewne zniknęła w „ustronne miejsce” i gdy skończą, wrócą na parkiet. Jeśli
chodzi o nasze miejsce… Moja kuzynka właśnie łapała kontakt wzrokowy z jakimś
przystojniakiem z boksu z naprzeciwka. Josh upijał Ryana, a Justin? Siedział i
rozmawiał razem z nimi, machając słomką. Zauważyłam, że jego szklanka była
pusta. Zresztą tak jak moja.
-Justin, idziemy po drinki? – zapytałam. Chłopak
przeniósł wzrok ze swojego kumpla na mnie i po chwili zastanowienia przytaknął.
– Leo idziesz z nami?
-Emmm… Wiesz co, nie. Skoczę dorobić się więcej
znajomych na facebooku. – oświadczyła i mrugając znacząco, oddaliła się w
stronę boksu naprzeciwko. Wywróciłam oczami i zaśmiałam się pod nosem.
-Chłopacy chcecie coś? – upewniłam się. Ryan nie
był zdolny mi odpowiedzieć, ale Josh go wyręczył.
-Przynieś cztery shoty czystej jeśli możesz. Chcę
zobaczyć ile jeszcze wytrzyma, zanim padnie plackiem pod stół.
-Jasne. – powiedziałam przez śmiech. Mój
towarzysz również nie krył rozbawienia. Jeśli chodzi o stan upojenia Justina,
cóż… Na pewno był lekko zamroczony, ale nie wypił tyle co ja. Oszczędzał się
jak nic, ale…. Dlaczego? To impreza! Powinien się bawić, cieszyć, nie
przejmować niczym, a nie liczyć ile kieliszków jest w stanie wypić… Chyba nawet
jeszcze ani razu nie widziałam go na parkiecie… - Co ty taki jakiś cichy?
– zapytałam, gdy zajęliśmy stołek przy barze i czekaliśmy aż ktoś do nas
podejdzie.
-Ja? Ryan twierdzi, że buzia mi się nie zamyka. –
odpowiedział ze śmiechem.
-No tak. Jest już w takim stanie, że jak mu
powiesz chociażby jedno słowo, to głowa go zaboli. – przyznałam. Szatyn zgodził
się ze mną bez wahania. Zamówiliśmy to o co prosił mój kuzyn, no i po dwa
drinki dla siebie. Wypiliśmy je przy barze, rozmawiając na jakiś błahy temat.
Alkohol po raz kolejny ze zdwojoną siłą zaczął przepływać przez moje żyły.
Uśmiech nie schodził mi z twarzy, zresztą Justin również tak jakby się
rozluźnił. Wzięliśmy cztery kieliszki z wódką do naszego boksu, gdzie Ryan
lekko się pobudził. Położyliśmy mu przed nosem trunek, na co zaświeciły mu się
oczy. Justin zamierzał już usiąść, gdy mu na to nie pozwoliłam.
-E, eee! Nie ma tak! Przesiedziałeś całą imprezę.
– zaznaczyłam, chwytając go za rękę i powstrzymując przed tym co zamierzał
zrobić. Chłopak na małą sekundę spojrzał na nasze splecione dłonie, ale zaraz
potem przeniósł wzrok na moją twarz, na której widniało znaczące spojrzenie.
-Ale, ja nie tańczę. – przyznał. Wywróciłam
oczami i ignorując jego protesty zaczęłam ciągnąć go na parkiet.
-Oj już przestań. – zaśmiałam się, próbując jakoś
go uspokoić. Znowu wyglądał na spiętego. Postanowiłam, że trochę ułatwię mu
zadanie. Prowadziłam go między ludźmi w najciemniejszy zakątek, tam, gdzie
przez większą część imprezy działy się… różne rzeczy. Cały czas znajdowaliśmy
się wśród tańczących ludzi, jednak byliśmy w takim miejscu, gdzie nikt nie
zwracał na nas uwagi. Skoro wstydliwy Justin znowu zawładnął jego ciałem i
umysłem, musiałam pomóc mu, odnaleźć w sobie tą pokaleczoną pewność siebie. –
Nie denerwuj się. Rozluźnij mięśnie i… się ruszaj. Jakkolwiek, ale się ruszaj.
– wytłumaczyłam. Nie było w tym nic trudnego. Chłopak posłuchał moich rad,
jednak nadal robił to wszystko z pewnym wahaniem.
-Pewnie wyglądam jak kompletny idiota. – wyznał
mi do ucha w pewnym momencie. Zaśmiałam się tylko i pokręciłam głową ze
zrezygnowaniem. Zastanowiłam się jak dodać mu otuchy i zaczęłam przyglądać się
tańczącym chłopakom. Gdy w końcu ujrzałam to czego potrzebowałam, odwróciłam
się z powrotem do Justina. Chwyciłam go za kark i pochyliłam w swoją stronę.
Muzyka była za głośna, żeby usłyszał mnie bez krzyczenia mu do ucha, a był za
wysoki, żebym sama mogła to zrobić, więc musiał się poświęcić i na chwilę
pochylić.
-Zobacz. Idealnie za moimi plecami… - zaczęłam i
przekręciłam się trochę w prawo, ciągnąć za sobą szatyna. - ...tańczy chłopak.
Chodzi mi o tego w tych czarnych jeansach… ma na sobie niebieską koszulę i
adidasy. Widzisz? – Justin tylko przytaknął. – Patrz na niego przez chwilę, jak
tańczy. Jestem pewna, że to poprawi ci humor. – jak zwykle miałam rację.
Chłopak po chwili próbował stłumić w sobie śmiech. Średnio mu to wychodziło,
ale liczą się chęci, prawda?
-Jesteś okrutna. – przyznał.
-Wiem.
*
Cholerny uparciuch, no! Już od
dobrych pięciu minut stoimy taksówką przed bramą mojego domu i namawiamy
Justina aby razem z Ryanem u mnie nocowali. W końcu… I tak jesteśmy sami
w domu. Te argumenty ich nie przekonywały, więc Josh spróbował innej taktyki.
Stwierdził, że Ryan nie może w takim stanie iść do domu czym ostatecznie
przekonał chłopaków do wspólnego nocowania. Zapłaciłam taksówkarzowi i
wpuściłam całą gromadę do mieszkania. Mój kuzyn, który przez ten cały czas
podtrzymywał Ryana, położył go na moim ulubionym fotelu w salonie. Nasza
czwórka skierowała się natomiast do kuchni. Moje kuzynostwo czuło się jak u
siebie, więc nie minęła chwila a szperali w każdej możliwej szafce w
poszukiwaniu czegoś godnego ich uwagi, co mogliby zjeść. Justin stał
tylko na środku z zakłopotaniem wymalowanym na twarzy. Zaśmiałam się na widok
jego miny i po raz kolejny tej nocy chwyciłam go za rękę pokazując zawartość
swojej lodówki. Jak się okazało Daphne zrobiła masę naleśników z nutellą i
schowała je do lodówki na później. Podziękowałam w duchu tej kobiecie, bo ona
zawsze myśli o wszystkim. Zabrałam jedzenie i wstawiłam je do mikrofalówki w
celu podgrzania go. Leo i Josh obładowali się w różnego rodzaju chrupki, chipsy
i ciastka. Wynieśli wszystko do salonu i ułożyli na ławie. Kazałam im przy
okazji rozłożyć kanapę, żebyśmy mieli gdzie się wszyscy położyć. Mebel był na
tyle duży, że na pewno zmieściłby się też Ryan, ale jak widać, jemu fotel jak
najbardziej odpowiadał. Gdy tylko usłyszałam dźwięk, który oznajmił nam, że
jedzenie gotowe, poprosiłam Justina, żeby zgarnął jakieś cztery kartony soków i
razem poszliśmy do mojego kuzynostwa, które grzebało coś przy DVD. Jak się
okazało, z zamiarem włączenia jakiegoś filmu. Ułożyłam się wygodnie na kanapie,
zaraz obok mnie położył się Justin, porywając z talerza jeden z kilkunastu
naleśników. Josh położył się z brzegu zaklepując sobie paprykowe chipsy, a Leo…
Leo wcisnęła się jeszcze obok mnie z paczką żelków w ręku. Zapowiadała się miła
noc, albo poranek. Jak kto woli.
~*~
Wywiązałam się. Być może jest to ostatni raz, bo od jutra zaczynam mieć niezły "zapierdol". Osiemnastka, koncerty, szkoła... nie wiem jak będzie z rozdziałem na przyszły tydzień, ale zrobię co w mojej mocy! Na razie, mam nadzieję, że zadowala Was ten:)
Jeśli możecie wbijajcie na TEGO BLOGA. Opowiadania są naprawdę ciekawe i w ogóle takie jakieś fajne.... No i przy okazji wywołacie uśmiech na twarzy mojej najlepszej przyjaciółki<3
Do następnego!:*:*:*
Buziaki!
PS:Dziękuję za 8 komentarzy pod poprzednim rozdziałem oraz ponad 6tys wyświetleń na blogu. Naprawdę to dla mnie wiele znaczy<3
piątek, 1 marca 2013
~JEDENASTY~
Przewróciłam
się na drugi bok i westchnęłam ze zrezygnowaniem. Nie chciałam jeszcze otwierać
oczu. Uniesienie powiek oznaczałoby ostateczne starcie z rzeczywistością, a ja
nie byłam na nie gotowa. Przynajmniej nie w tej chwili. Doskonale zdawałam
sobie sprawę gdzie (i dlaczego!) się znajduję. Pamiętałam prawie każdą chwilę z
wczorajszego wieczoru i jedyne uczucia jakie mi przy tym towarzyszyły to wstyd.
Tylko i wyłącznie. Jak mogłam być taka głupia?! Rozumiem, że mogłam być
wściekła na ojca, ale nic nie usprawiedliwia mnie z prowadzenia po pijaku! Kto
wie jak mogłam skończyć, gdyby nie Justin? No właśnie, Justin… Gdyby nie on
może już by mnie tu nie było? Może uderzyłabym w jakieś drzewo, czy wepchnęła
się pod pędzącą ciężarówkę… Kto wie. Miałam szczęście, że zadzwonił, że
zareagował… Najbardziej podobał mi się moment, w którym trzymał mnie w swoich
ramionach… Boję się tego uczucia, ale naprawdę mi się… podobało, jeśli mogę to
tak nazwać. Czułam się bezpieczna, a może to tylko ten alkohol pobudzał u mnie takie uczucia? Kto wie…
Sięgnęłam
po swój telefon, który wczoraj wieczorem położyłam na szafce nocnej obok łóżka.
Czułam lekki zawód, że tata nawet się nie odezwał, ale co mogę zrobić. Może
chciał „dać mi ochłonąć” czy coś… A może to Cassandra odciągała wszelkie jego
myśli ode mnie? Nie wiem. Nie obchodzi mnie to. Widząc dziesiątą rano,
stwierdziłam, że lepiej nie nadużywać gościnności Justina, jednak po dłuższym
zastanowieniu… Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Nie chciałam sama poruszać się
po jego domu. Nie wiem czy jeszcze śpi, czy może już dawno się obudził? Co z
jego mamą? Usiadłam, przeczesałam ręką potargane włosy i wybrałam jego numer.
Po jakiś trzech sygnałach odrzucił moje połączenie, jednak nie martwiłam się
tym za bardzo, bo już po minucie usłyszałam pukanie do drzwi. Najpierw ujrzałam
głowę Biebera, a gdy otworzył szerzej drzwi i wszedł do pokoju, zauważyłam, że
w rękach trzyma butelkę z wodą i tabletki. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością.
-Cześć. – zaczął cicho. –
Wyspałaś się? Pomyślałem, że się przyda… - zaczął znowu przybierając swoją
postać nieśmiałego chłopca. Cóż… Wczoraj był zdecydowanie odważniejszy i
pewniejszy siebie.
-Dziękuję… - sama nie byłam
lepsza. Odchrząknęłam pospiesznie i przejęłam od niego to co przyniósł.
Połknęłam tabletkę na ból głowy i popiłam ją mineralną wodą. Pomimo tego, że
głowa mnie nie bolała, wiedziałam, że zacznie, więc wolałam temu zapobiec. Chłopak
ubrany w czerwone dresy i biały t-shirt, przysunął sobie do łóżka krzesło spod
biurka, usiadł na nim i spojrzał mi w oczy. Już nie był Nieśmiałym Justinem.
Teraz był tym Poważnym.
-Nie sądzisz, że powinniśmy
porozmawiać? – spuściłam głowę na te słowa. Westchnęłam i zaczęłam rozglądać
się na boki, by tylko nie spojrzeć na szatyna. Znowu wstyd przejął kontrolę nad
moim ciałem i umysłem.
-Wiem… - szepnęłam, widząc, że
chłopak czeka na moją reakcję. – Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie…
-Domyślam się. – powiedział gorzko,
nadal nie spuszczając ze mnie wzroku. – Juliette do cholery. Wiesz co mogło się
stać? – warknął w moją stronę. On nie był zły. On był Wściekły. Jeszcze nigdy go takiego nie widziałam, dlatego
spojrzałam zaskoczona w jego oczy i od razu tego pożałowałam. Ten intensywny
odcień brązu był nie do zniesienia w aktualnej sytuacji. Miałam wrażenie, jakby
chłopak słyszał wszystkie moje myśli. Jakby… przenikał do mojego umysłu.
-Zdaję sobie z tego sprawę, ale…
Ja nie wiedziałam co robić. – przyznałam szczerze. Nie widziałam sensu w
okłamywaniu go, więc postanowiłam powiedzieć mu samą prawdę. Zresztą… Wychodzi
na to, że mogłam tylko jemu. Nie mogłam zadzwonić do Adama, bo on nawet o tym
nie wie. Teraz wszystko zaczęło mi się zgadzać. To po to jadą do Nowego Jorku. Jadą
mu to powiedzieć... Mam nadzieję, że zareaguje delikatniej niż ja.
-Ostatnią rzeczą jaką powinnaś
robić, jest prowadzenie po pijaku. – nie szczędził mi tych wszystkich gorzkich
słów. I dobrze. Smutne, ale prawdziwe.
-Ty nie rozumiesz…
-Czego nie rozumiem?! – warknął zirytowany.
Zamknął oczy i wziął głęboki wdech, jakby próbował się uspokoić. – Skoro coś
się stało to trzeba było sobie z tym poradzić w inny sposób! Masz tylu
znajomych, każdy chętnie by ci pomógł, porozmawiał z tobą, ale nie. Najlepiej
jechać do najbliższego baru, uchlać się, a potem jeszcze wsiąść za kierownice
narażając nie tylko swoje życie, ale także wszystkich innych kierowców, prawda?
– nie odezwałam się ani słowem, tylko wpatrywałam się w moje ręce. W normalnym
przypadku zaczęłabym się rzucać, krzyczeć twierdząc, że nikt nie ma prawa mnie
oceniać, jednak nie tym razem. Zdawałam sobie sprawę, że postąpiłam nadzwyczaj
głupio, ale też Justin… Stawał się moim przyjacielem i nie chciałam się z nim
kłócić, chociaż… Nawet teraz nie zmierzałam w dobrym kierunku co do tego. –
Rodzice się pokłócili czy co? – zapytał już delikatniejszym głosem. Miałam
wrażenie, że naprawdę się o mnie w pewnym sensie troszczy, ale ciężko było mi w
to uwierzyć. Jego pytanie trochę mnie zaskoczyło, więc spojrzałam na niego
zdziwiona.
-Rodzice? Justin, moja mama nie
żyje. – powiedziałam głosem wypranym bez emocji. Chłopak otworzył szeroko oczy
i nie wiedział co powiedzieć. Co go tak zdziwiło? – Nie wiedziałeś o tym?
Zmarła przy moim porodzie…
-Ale… Jak to? Przecież… Twój tata
i ta kobieta… I… - zaczął się jąkać, wyraźnie zakłopotany. – Przepraszam.
Naprawdę, nie wiedziałem. – przyznał szczerze, momentalnie spuszczając z tonu.
-Ta kobieta… I tutaj jest haczyk.
– zacytowałam go. Skrzywiłam się na samą myśl o Cassandrze. Justin wyraźnie
dawał mi znać, żebym kontynuowała. – Mój tata się ponownie żeni. W tym cały
problem. – przyznałam smutno. Ku mojemu zaskoczeniu szatyn zamiast próbować
mnie zrozumieć, zaczął się bezczelnie ze mnie śmiać.
-I tyle? O to robisz taki wielki
hałas? Proszę cie! – powiedział wyraźnie zirytowany. Wkurzyłam się na niego.
Myślałam, że chociaż on mnie zrozumie.
-A co w tym dziwnego? Ona za
wszelką cenę, próbuje mi zastąpić mamę, nie rozumiesz tego?! Cały czas było nam
wszystkim dobrze a tutaj od razu takie coś! Właduje nam się do domu jakaś obca
kobieta i będzie się wywyższała na prawo i lewo. Nie wiesz jak to jest? –
zapytałam.
-A ty nie pomyślałaś, że może to
ważne dla NIEGO? Może nie chodzi tu o ciebie? To ON potrzebuje jakiegoś
zrozumienia, jakiegoś ciepła czy miłości a ty wcale mu tego nie ułatwiasz. –
mądrości Justina, zaczęły mnie wkurzać i to bardzo. Szatyn był jedyną osobą, z
którą mogłam na ten temat porozmawiać tak szczerze i liczyłam na to, że jednak
mnie zrozumie, a on? Ma czelność jeszcze zganiać winę na mnie?! Jak on śmie?!
-A ty niby skąd to wiesz? –
warknęłam w jego stronę i podniosłam się z łóżka. Zaczęłam zbierać swoje rzeczy
licząc na to, że szybko sobie pojadę, bo nie uśmiechało mi się kłócić z
Justinem. Chłopak również wstał i powstrzymał mnie, chwytając za ramię i zmuszając żebym na niego
spojrzała.
-Mój tata też ma żonę. I dwójkę
dzieci. Mieszkają w Kanadzie, niedaleko moich dziadków. Stąd to wiem. –
powiedział i puścił mnie, wiedząc, że totalnie mnie zatkało.
-Ale…
-No co? – nie miałam pojęcia co
mu odpowiedzieć. Czułam się nieco zagubiona. Nie miałam pojęcia, że w rodzinie
Justina też jest podobna sytuacja do mojej, ale cóż… Ja naprawdę mało o nim
wiem.
-Przepraszam. Nie wiedziałam.
-Nic nie szkodzi. W przeciwieństwie
do ciebie, u mnie to nie jest drażliwy temat. – posłał w moją stronę uśmiech a
ja z przypływu emocji przytuliłam się do jego klatki piersiowej. Na początku
nie odwzajemnił mojego uścisku, bo był wyraźnie zszokowany (ciekawe dlaczego,
skoro jeszcze wczoraj sam mnie przytulał!), jednak nie musiałam długo czekać aż
objął mnie ramionami. Uśmiechnęłam się pod nosem. – Już lepiej? – upewnił się.
-Tak. Dziękuję. – przyznałam szczerze,
nadal go nie puszczając.
-W takim razie masz wolną łazienkę
a ja czekam na dole ze śniadaniem. – odsunęłam się od niego szybko i spojrzałam
na niego zaskoczona. – No co? Myślałaś, że tak po prostu pojedziesz sobie bez
śniadania? – zaśmiał się i ruszył w kierunku drzwi.
Odświeżona
i ubrana w swoje wczorajsze ciuchy, zabrałam swoją torebkę i niepewnie zeszłam
na dół. W kuchni zastałam chłopaka, który sprzątał blat. Na stole natomiast
widniał talerz pełen smakowicie wyglądających kanapek. Uśmiech na mojej twarzy
jeszcze bardziej się poszerzył. Szatyn zdając sobie sprawę, że jestem już w
kuchni, polecił, żebym usiadła i zabrała się za jedzenie. Posłuchałam go a ten
po chwili dołączył do mnie. Jedliśmy pyszne kanapki z serem i pomidorem
rozmawiając o samych błahostkach, dobrze czując się w swoim towarzystwie. Nie
pamiętam już kiedy ostatnio tak było.
-Rozmawiałaś już z tatą? – Justin
zmienił temat przełykając ostatni kęs kanapki, zaczął jeść kolejną .
-Nie. Po co, skoro nawet się mną
nie zainteresował? Nie dzwonił ani razu. – przyznałam szczerze, trochę
zawiedziona, że znowu wkraczamy z rozmową na grząski grunt. Mój uśmiech
wyraźnie przygasł, ale próbowałam nie dać tego po sobie poznać.
-A wiesz dlaczego? – zapytał Justin
unosząc wysoko brew. Zaprzeczyłam, więc wyjaśnił. – Bo zablokowałaś jego numer.
Obdzwonił wszystkich twoich znajomych, a później zdesperowany dzwonił nawet do
mojej mamy. Był środek nocy a ona nic nie wiedziała, ale widziała cie w moim
pokoju, gdy przyszła zapytać się o to mnie. Nadążasz? – zaśmiał się i wgryzł
się w pomidora.
-Nie bardzo. – przyznałam.
Wyjaśnił mi wszystko jeszcze raz dokładniej. Dla pewności, sprawdziłam telefon
i rzeczywiście miałam numer ojca na liście blokowanych kontaktów. Nic dziwnego,
że nie mógł się do mnie dodzwonić.
-Martwił się. – zakończył Justin.
Posłałam w jego stronę krzywy uśmiech i westchnęłam.
I
teraz pojawia się pytanie… Co się stanie jak wrócę do domu? Chyba powinnam się bać…
~*~
Happy Birthday Justin!:)
"Świętuję z nim" jego urodziny już czwarty rok z rzędu i jestem z tego dumna:)
A jak podoba się rozdział?:) Co myślicie?:)
Do następnego!:*:*:*
PS: Dziękuję za 10 komentarzy pod poprzednim rozdziałem oraz ponad 5tys wyświetleń:) Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję!:)
~*~
Happy Birthday Justin!:)
"Świętuję z nim" jego urodziny już czwarty rok z rzędu i jestem z tego dumna:)
A jak podoba się rozdział?:) Co myślicie?:)
Do następnego!:*:*:*
PS: Dziękuję za 10 komentarzy pod poprzednim rozdziałem oraz ponad 5tys wyświetleń:) Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję!:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)